?> !DOCTYPE html PUBLIC "-//W3C//DTD HTML 4.01 Transitional//EN" "http://www.w3.org/TR/html4/loose.dtd" ||SVART ORM|| VII Zlot wojów Słowian Bałtów i Wikingów w Drohiczynie 8-10.06.2012
VII Zlot wojów Słowian Bałtów i Wikingów w Drohiczynie 8-10.06.2012
Drohiczyn 2012, czyli Gufi i Lenem okiem Kaczora:
Rozdział I - Podrusz.
  Otóż po dość długiej przerwie, postanowiłem w końcu ruszyć się na jakiś zjazd, co by trochę świeżego powietrza złapać i przede wszystkim nawsuwać się żarcia na długo wyczekiwanej i tak namiętnie wychwalanej przez znajomych biesiadzie "na Drohiczynie". Początek podróży postanowiłem sobie utrudnić nieprzespaną nocą i nieporęcznym workiem z rzeczami zamiast plecaka. Uzbroiwszy się w w.w. atrybuty menela, pojechałem na stację Dworzec-Stadion by tam przegrupować się z Sigurdem, a następnie jak przewidywał plan, ruszyć busem 8:15 do celu. Po przeprowadzeniu wywiadu środowiskowego 
z panią z okienka na dworcu, okazało się że wszystkie pięknie, ale dworzec PKS został przeniesiony na Dworzec Wschodni, na którym z kolei, jakieś 15 minut później dowiedzieliśmy się, że relacja pt. " 8:15 i jesteśmy o 12 na miejscu" nie istnieje, a następne cokolwiek co jedzie do Drohiczyna jest o 12 a tak na prawdę to nigdy się tam nie dostaniemy... Nie złamało to w nas jednak chęci i dobrego humoru i już po kolejnych kilku chwilach dojechała do nas Thoreja naiwnie wierząc w dalszy, nieprzerwany ciąg realizacji planu A.  Po kolejnych długich kilkudziesięciu minutach smętnego siedzenia i przysypiania na przystanku, nadjechał busik, którego kierowca zaśpiewał sobie 23 zł od studenta za przejazd do Siemiatycz. 
Podróż minęła bez większych ekscesów, za to przespałem ją calutką. 
"Kcr... Kacr.. Kaczor... Jesteśmy w Siemiatyczach!" Głos Sigurda nie tolerował sprzeciwu, ale miał do tego pełne prawo. Dojechaliśmy. Po wielu próbach perswazji, wyjaśnień i próśb o transport dla nas, nie odnieśliśmy sukcesu. Nikt nie chciał pod nas podjechać a następny autobus był, właściwie nie wiadomo czy w ogóle istniał. W każdym razie, pod wpływem nowej uzyskanej snem energii, postanowiłem zadzwonić do Pana Tomka, który to stacjonował jak się potem okazało w Siemiatyczach i mógł nas z łatwością podwieźć na miejsce zrzutu. Daliśmy mu 15 zł na paliwo i zdesantowaliśmy się 30 min później na miejscu imprezy. 
Rozdziau II - Polska Gola! 
Gdy tylko dojechaliśmy z Sigurdem i Thoreją na miejsce imprezy, lekko spóźnionym ale nadal naszym oczom, ukazał się piękny, rozstawiony, wypełniony przepychem, serdecznością i miłością obóz.... stwierdziliśmy, że nie ma co czekać i poszliśmy szukać naszego.... Pomogliśmy dokończyć stawiać wiatę, przebraliśmy się i byliśmy gotowi do... tego co zazwyczaj robi się na imprezach tego typu. Przywitaliśmy się ze wszystkimi, a było nas sporo, więc daruję sobie wypisywanie. W każdym razie ponad 10 osób. Pierwszy dzień minął bez ekscesów, a wczesnym popołudniem dojechał Ansgar wraz z panienką Karoliną. 
Około godziny 18, część z nas, w tym ja, poszła kibicować naszym rodakom, którzy w Warszawie dzielnie walczyli z Grekami i punkty dające nam szansę na wyjście z grupy. Generalnie mecz był niezły, i już byłem skłonny pomyśleć, że przeniosłem się do innego kraju, ale wątpliwość tę rozwiała całkowicie radość z czerwonej kartki dla Greka, która przebijała po stokroć tę po zdobyciu pierwszego gola przez naszych.. no ale cóż, co kraj to obyczaj, przynajmniej wiedziałem, że jestem wśród swoich. 
Noc rozpoczęła się biesiadą, na której mieliśmy przyjemność obejrzenia i posłuchania tego co prezentowali ludzie na konkursie bardów. Wyszło średnio, ale brawa były mocne. Dziewczynka lat X<18 wygrała miód pitny. Następnie, zaopatrzeni w pełne brzuchy i jeszcze pełniejsze miski, poszliśmy do obozu, uczcić te kilka godzin bez alkoholu. Jak to bywa, poszliśmy pić, w międzyczasie wygrałem zapasy z Vestarem, chociaż nie było lekko gdyż walczyliśmy chyba z 15 minut, wraz z ze znajomymi z innych drużyn i Valgardem wybraliśmy się na pomost by urozmaicić wieczór.... no i wygrałem zapasy z Vestarem. Tak się skończył mniej więcej pierwszy wieczór pobytu na Drohiczynie, nie wiedzieliśmy jednak że najlepsze przed nami. 
Rozdział III - Stand By... 
Od czego by tu zacząć... Po pierwsze, muchy.. kto był, ten wie, że może ich się zmieścić w namiocie więcej niż na dużej kupie... na bardzo dużej kupie, a właściwie takiej dużej kupy, która by zmieściła połowę tych owadów jeszcze nie wynaleziono. Ogólnie Namiot-Matka został opanowany przez niechcianych gości i nijak nie dało się temu zapobiec. Cały dzień towarzyszyły naszemu obozowi muchy i były one po prostu wszędzie. Dzień zapowiadał się całkiem obiecująco, turniej bojowy, wyprawa do sklepu... ogólnie parada atrakcji. Leif, Bjorn, Vestar, Sigurd i Ingvay wzięli udział w bitwie, a po południu szykowali się do walki w piątkach, w której podobno sędziowie byli beznadziejni, ale o tym może później. W międzyczasie przygotowaliśmy jedzenie składające się z, uwaga! kaszy, mięsa i warzyw!!!!! coś wspaniałego i tak jedynego w swoim rodzaju mogło nas spotkać tylko w tutaj, miejscu gdzie spełniają się najskrytsze marzenia. Kolejnym punktem zwrotnym tego dnia był mój powrót z zakupów z nowym kolegą, który szybko odnlazł się wśród naszego grona. Był to karma dla psów Gufi. Ten niebieskawy, 26-cio centymetrowy glut, wypełniony karmą za 3 zł sprawił nam tyle radości, że ja pie****ę (gwiazdki dodałem sam). Gufi to, Gufi tamto, ach gdyby nie Gufi ten dzień nie byłby tak piękny. Padło kilka pomysłów jak rozporządzić nim, jednak wszystkie te historie miały by swój koniec na czyjejś głowie, więc postanowiliśmy dać Gufi wolne i zająć się nim później. Pod wieczór zagrało kilka zespołów, w tym Arkona i kilka innych z większą ilością "thsg" w nazwie. Koncert był spoko, posłuchałem go przez chwilę i właściwie tyle, więcej do powiedzenia na ten temat mają Sigurd Thoreja i Ingvay, którzy dzielnie zmęczyli cały koncert. Gufi nie znalazł rozwiązania na latające wszędzie muchy. Wieczór minął spokojnie i nikt nie umarł, chociaż przez jakiś czas było polowanie na Luizę, która gdzieś sobie poszła i nie wiadomo gdzie jest ani tak na prawdę o co chodzi. Ale żyła bo ją widziałem na drugi dzień. Nie wygrałem zapasów z Vestarem, tak jak zrobiłem to poprzedniej nocy gdyż... nie walczyliśmy. 
Rozdział IV - Lenem, wróć! 
Właściwie przez wszystkie te radosne dni, odkryliśmy piękno języka polskiego i to jak bardzo można komuś dowalić znając jedynie i aż, poprawne zasady jego władania. Tego trzeciego dnia, gufi miał się dobrze, ale trafił do śmieci, Marysia popełniła liryczne morderstwo używając zwrotu "go całego lenem" przez co nie ma spokoju do końca życioa, natomiast przed Bjornem był jeszcze do wygrania turniej łuczniczy, który oczywiście wygrał. Większość dnia spędziliśmy na pakowaniu gratów i zwijaniu obozu, Podróż powrotna natomiast miała jeszcze w zanadrzu jedną atrakcję dla mnie. Mianowicie, nie wiem co, nie wiem kto, ale ukłąd planet sprawił że w samochodzie Marysi, być może przez tego "lenem" , nie wiadomo, wykreowała się dodatkowa przestrzeń, w której mogłem godnie zasiąść i odbyć interesującą podróż samochodem. Po spakowaniu się, pożegnaniu i odebraniu nagrody Bjorna - łuku z 32 kg naciągiem do polowania na zamki, wyjechaliśmy do Warszawy. Jak zwykle to bywa, świat miał dla nas ciekawsze zajęcia. Otóż po około 30 minutowej jeździe, zostaliśmy zatrzymani przez procesję i straciliśmy na pełzaniu za nimi jakieś dobre 20 minut zanim musieliśmy odegrać wyścig z czasem pt. "my naokoło, oni prosto i zobaczymy kto pierwszy dotrze do ronda" ... Udało nam się, ale gdybyśmy pozwolili sobie na minutową obsówę, prawdopodobnie byśmy jechali jeszcze do tej pory. Resztę podróży przespałem i wysiedliśmy w Warszwie. 
Chyba tyle. Sławcia.

By Vandil