!DOCTYPE html PUBLIC "-//W3C//DTD HTML 4.01 Transitional//EN" "http://www.w3.org/TR/html4/loose.dtd" ||SVART ORM|| - 2010 - „Szlakiem pośród Bukowisk” – Wędrówka jesienna 6-7 Listopad 2010
„Szlakiem pośród Bukowisk” – Wędrówka jesienna 6-7 Listopad 2010
„Mieszko I, Książe stanowczy i w swych dążeniach zaciekły, zjednoczyć planował
słowiańskie plemiona, tak aby wspólnie przeciwstawić się mogły rosnącym w siłę sąsiadom..

Zamysł owy był śmiały zaś od jego powodzenia miała zależeć przyszłość słowiańszczyzny.
Z północy, co i rusz nieokiełznane plemiona Prusów niczym wilki nękały pogranicze
Polańskiego księcia, spędzając mu sen z oczu.
Ziemie Mazowsza dzikie i niedostępne zamieszkiwane przez prostych acz krzepkich
i dumnych ludzi, rządzone były podówczas przez pomniejszych książąt.
Władcy ci stale skłóceni dbając o swe interesy nie potrafili się zjednoczyć
wobec nadciągającego zagrożenia. Książe polan postanowił przyłączyć
tą krainę do swego państwa, lecz wiedział że wymagać to będzie stanowczych kroków...

W okolicach roku pańskiego 980 w niedostępne puszcze, bory i rozległe bagniska Mazowsza,
wysłał Mieszko garstkę zwiadowców. Ich zadaniem było znalezienie drogi poprzez dzicz.
Musieli pozostać niezauważeni, od tego zależało powodzenie całej kampanii.
Przemierzając ostępy, w których zwierzyna nie znała oblicza ludzkiego,
musieli znaleźć miejsca popasu oraz brody i przeprawy dla Mieszkowej drużyny.
Niespodziewane wtargnięcie zbrojnej siły Polan miało zagwarantować,
przy minimalnym oporze objęcie władzy na Mazowszu.

W kompani, której powierzono tą misje znajdowali się najemnicy z dalekiej Skandynawii,
bezwzględni i nieustraszeni. Ich lojalności Książe był pewien, opłacił ją sowicie srebrem i złotem.
Od tej garstki wędrowców, którzy potajemnie w przebraniach kupców lub myśliwych
podążali w nieznane, zależało powodzenie Mieszkowego planu...”
Dnia 6 Listopada 2010 roku o godzinie 7: 30 wyruszyliśmy z miejscowości Roztoka w Kampinosie. Dzień był deszczowy, temperatura zaś oscylowała w granicach 10-15 stopni Celsjusza. W ciągu dnia praktycznie brak było odczuwalnego wiatru.

Trasa liczyła około 15 kilometrów i wiodła w pierwszej części poprzez bory sosnowe porastające wydmy Kampinosu zaś później bagnistymi rozlewiskami wzdłuż kanału „Łasica”. Droga była trudna i zróżnicowana, najwięcej problemów nastręczał padający deszcz i mokre buty. Cały odcinek pokonaliśmy w około 6 godzin robiąc przy tym jedną dłuższą przerwę na posiłek. Na szlak wyruszyliśmy w 5 osób; Leif, Bjorn, Rzepka, Eyvind, Wołodar. Wszyscy z wyposażeniem zgodnym z założeniami fabuły naszej wędrówki.

Pośród borów wędrowało się dosyć komfortowo i szybko, dobrze przygotowane buty zabezpieczały przed wilgocią, która na piaszczystym podłożu szybko wsiąkała w grunt. Na tym odcinku podgoniliśmy z czasem. Drugi fragment wiodący przez rozlewiska nie dawał możliwości przejścia suchą stopa, woda często sięgała do połowy łydki. Mimo niewielkiej odległości musieliśmy kluczyć pomiędzy kępami brzóz wyrastającymi z trawiastych rozlewisk. Pomimo wielu trudów i przemoczenia, podziwialiśmy piękno terenów i dziewiczą przyrodę.

Na 2 godziny przed zmierzchem dotarliśmy do miejsca wyznaczonego na obóz. Poza terenem Parku Narodowego na prywatnej posesji, rozbiliśmy obozowisko. Filcowa wiata rozwieszona na stelażu z brzozowych tyczek w osłoniętym od wiatru obniżeniu terenu zapewniła wygodny i bezpieczny nocleg. Dużo problemu sprawiło rozpalenie ogniska metodami historycznymi z powodu wilgotności i zamokniętej rozpałki. W efekcie po uzyskaniu żaru na łyku lipowym za pomocą krzesiwa i hubki użyliśmy „współczesnych” materiałów, aby żar przerodził się w płomień.

Ustanowiliśmy dwu godzinne warty, które zapewniły nam bezpieczeństwo oraz utrzymanie źródła ciepła w postaci ognia. Przy ognisku, które z takim trudem udało się rozniecić spożywaliśmy posiłek oraz zagotowaliśmy ziołowy wywar, pełen witamin, choć w smaku paskudny. Pożywienie każdy zapewnił sobie we własnym zakresie, lecz przeważnie było to pieczone nad płomieniem mięso, pieczywo i suszone owoce, czy orzechy.

Podczas rozmów i niekończących się żartów suszyliśmy przemoczone części garderoby w miarę możliwości przebierając się w coś suchego. Zmęczenie długą wędrówką i krzątaniną przy obozowisku wyznaczając wartę kładliśmy się wcześnie spać.

Noc była chłodna zaś niebo gwiaździste, momentami zrywał się porywisty wiatr, mącący nasz spokój. Każdy przespał przynajmniej kilka godzin, część pod wiatą, część zaś bezpośrednio przy ognisku susząc się i rozgrzewając.

Rankiem dnia następnego, wraz z pierwszymi oznakami nadchodzącego poranka zaczęliśmy zbierać się do wymarszu, aby niecały kilometr dalej w Miejscowości Łosia Wólka zakończyć naszą przygodę.